Kawowy odwyk (tydzień 1).

Uwielbiam kawę, jej zapach, aromat smak, rytuał picia kawy – po prostu wszystko co jest z nią związane. Jakiś czas temu zauważyłam jednak, że ta kawowa obsesja zmierza w niezbyt dobrym dla mnie kierunku. Bez kawy stawałam się nerwowa, a pierwsze co robiłam rano to cisnęłam mojego chłopaka, żeby zmielił i przygotował dla nas kawę (robi ją bezbłędnie, moja zawsze wychodzi za kwaśna).

Po drugie, kubek (a w zasadzie garnek) porannej kawy przestał wystarczać i zdarzało się, że po pracy (koło 16-17) ładowałam drugą solidną porcję kofeiny. Już parę razy przemknęła mi przez głowę myśl, że może warto byłoby ograniczyć kawę albo nawet zrobić sobie mały odwyk? Myśli te skutecznie odpychałam, czułam, że nie dam rady bez kawy, że ten przypływ energii po jej wypiciu jest niezastąpiony. Mimo wszystko, postanowiłam zrobić sobie wyzwanie i pociągnąć na dobry początek miesiąc bez kawy. Uznałam, że idealną okazją będzie Nowy Rok, wystartowałam od 1 stycznia. W ogóle się do tego nie przygotowałam – w sensie nie kupiłam żadnych zamienników kawy (cykorii, zbożowej czy innej) albo matchy (którą notabene uwielbiam) i przyznam, że to był błąd. Brakuje mi samego rytuału picia czegoś ciepłego, z dodatkiem mleka roślinnego, czegoś co sprawi, że każdy poranek jest jakby „pełniejszy”. No, ale nic to, jak co rano wypijam moją ciepłą wodę z cytryną idę na trening i dalej do pracy. Przyznam, że pierwsze 4 dni to była jakaś masakra. Ból głowy (czwartego dnia myślałam, że rozsadzi mi łeb!), senność nie do opisania i ogólny spadek formy. Dobrze, że w ciągu tych 4 dni na dobrą sprawę tylko 3 spędziłam w pracy. 5 dzień (sobota) był już całkiem znośny, rano przyrządziłam sobie zielone przedtreningowe smoothie (banan, odżywka białkowa raw protein, mleko kokosowo-ryżowe, tahini, daktyle, jarmuż) i ruszyłam na siłownię.

Zrobiłam zacny trening (tabatę) i dobiłam się jeszcze na bieżni. Nie czułam już bólu głowy, uspokoiłam się, senność częściowo ustąpiła i ogólnie jakoś tak lepiej się poczułam. Może dlatego, że w osiedlowym eko sklepiku nabyłam kawę orkiszową oraz matchę 😉 Z kolei 6 dzień (niedziela) był już naprawdę OK. Obudziłam się o 6 rano, wyspana, pełna energii i wypoczęta. Po południu przyrządziłam sobie kawę orkiszową (z mlekiem ryżowo – kokosowym) i przyznam, że bardzo mi posmakowała!


Nie popadam w nadmierną euforię, ale jakoś tak nakręciłam się pozytywnie. Zobaczymy, jak przebiegną kolejne dni bez kawy – szczególnie od poniedziałku do piątku, kiedy pracuję, trenuję i chodzę na zajęcia dodatkowe. Po cichu liczę na poprawę cery i snu – naczytałam się w necie różnych historii o rzuceniu kawy i rozmaitych cudów związanych z tym faktem. Oczywiście żartuję – najbardziej zależy mi na odzyskaniu równowagi. I dodam jeszcze, że absolutnie nie demonizuję kawy i nie zakładam, że już NIGDY jej nie wypiję. Po moim odwyku zamierzam ją pić, ale „z głową” – 1-2 kubki w tygodniu. A może całkowicie przerzucę się na kawę zbożową lub matchę? Zobaczymy – wiele zależy od mojego samopoczucia w kolejnych tygodniach. Trzymajcie kciuki!

Autor

magdakrupa

Jestem wiecznie poszukującą nowych, zdrowych zajawek 32 - latką. Kuchnia roślinna daje mi siły na moje mniej lub bardziej intensywne treningi. Lubię wdrażać w swoje życie zdrowe rytuały, dbać o ciało i umysł. Testuję różne sposoby na minimalizację stresu. Rozgośćcie się!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s