Wegańskie rafaello (bez pieczenia).

Nie jestem wielką fanką słodyczy. Przypuszczam, że wynika to z faktu, że w 90 % jem słodkie śniadania. Kiedyś ich nie jadłam i żarłam słodkie na potęgę. Obecnie nie mam tego typu zachcianek. Niemniej jednak są takie dni w miesiącu kiedy rządzą mną hormony, a poziom apetytu na słodkie niebezpiecznie wzrasta. W takie dni kapituluję i pozwalam sobie na luz, słucham swojego organizmu. Zdarza się, że wciągnę oreo lub tabliczkę gorzkiej czekolady z solą albo po prostu wpieprzam daktyle maczane w domowym maśle z nerkowców-  i absolutnie nie widzę w tym nic złego. Przyznam jednak, że najczęściej przyrządzam jakieś fajne wegańskie ciacha, ciasteczka lub inne kulki mocy. Dzisiejsza propozycja jest banalna – nie trzeba nic piec, ugotowane składniki po prostu miksujemy, przelewamy do foremki i czekamy aż ciasto stężeje.

Składniki:

1 szklanka suchej i przepłukanej kaszy jaglanej

1 szklanka wiórków kokosowych

Puszka mleka kokosowego

½ szklanki mleka roślinnego (ja użyłam ryżowego)

15 daktyli

Laska wanilii

Mrożone truskawki

Płatki z kokosa

Do garnka wrzucamy przepłukaną kaszę jaglaną, wlewamy mleko kokosowe, mleko roślinne wypestkowane daktyle oraz laskę z wanilii, z której wyjmujemy nasionka i wrzucamy do garnka. Gotujemy kaszę na małym ogniu, pod przykryciem do miękkości – powinna wchłonąć większość płynów. Po ugotowaniu wrzucamy całość do blendera (wyjmujemy tylko laski wanilii, które oddały aromat kaszy), dodajemy wiórki kokosowe. Wszystko razem miksujemy na w miarę gładką masę. Gotową masę wlewamy do wyłożonej papierem blachy. Blachę wkładamy do lodówki, tak aby ciacho zastygło i dobrze się zbiło – wystarczą 3-4 godziny, ale najlepiej jest zostawić je na całą noc. Ciasto dekorujemy wiórkami kokosowymi, płatkami z kokosa oraz podgrzanymi, rozpadającymi się truskawkami. Jest pyszne!

Kawowy odwyk (tydzień 3).

Dzisiaj (poniedziałek 21.01) zamknę mój trzeci tydzień bez kawy – ten czas naprawdę szybko leci. Czuję się świetnie, poziom energii na wysokim poziomie, w dalszym ciągu bardzo dobrze mi się śpi. Zaczęły też znikać syfy na twarzy – smaruję je aloesem i być może to też trochę pomaga. Piję więcej zielonych koktajli niż dotychczas – do pracy zabieram bidon (0,7 l), a w domu w weekend wypijam taką większą szklankę.

  Smoothie ze zdjęcia wypiłam przed siłownią: zmiksowałam banana, mrożony szpinak, odżywkę białkową, mleko migdałowe i łyżeczkę macy. Pycha! Nie odczuwam potrzeby picia kawy zbożowej czy też matchy. Piję zieloną herbatę – 1 filiżankę co drugi dzień. Poza tym bez zmian – piję herbatki ziołowe (z yogi tea) oraz zioła. Myślę, że spokojnie dociągnę do końca stycznia – na dobrą sprawę zostało jeszcze 10 dni. A co będzie później? Zobaczymy, na chwilę obecną nie chcę wracać do picia kawy, aczkolwiek nie mówię stanowczo NIE 😊

Kawowy odwyk (tydzień 2).

Poniedziałek rozpoczął się całkiem sympatycznie. Obudziłam się wypoczęta o godzinie 5 rano, wypiłam ciepłą wodę i pognałam na trening. Miałam o niebo więcej energii niż kilka dni temu kiedy to czułam się jak Zombie. Ból głowy praktycznie ustąpił. W ciągu dnia wypiłam zieloną herbatę, pokrzywę i lipę, a poza tym oczywiście dużo wody. Moje pudełko z matchą stoi nietknięte. Po pracy miałam trochę spraw do załatwienia i zwykle koło godziny 16:00 miałam już „zejście” i piłam kolejną kawę. Tym razem jednak czułam się OK, nie zauważyłam senności czy spadków energii. Z drugiej strony nie tryskałam jakoś szczególnie energią, ale mój stan był hmmm jakby to ująć… stabilny i nie chujowy!

Wtorek – naprawdę zauważam znaczną różnicę w jakości snu! Fakt, nigdy nie miałam problemów z zasypianiem czy też spaniem więcej niż 8 godzin. Ale często bywało tak, że budziłam się niewypoczęta. A teraz zupełnie inna bajka. Choć przyznam całkiem szczerze, że brakuje mi tego kawowego kopa :p Dalej piję zioła, zieloną herbatę (1 kubek dziennie, nie odczuwam potrzeby żeby pić jej więcej). Jest dobrze. Muszę jednak wspomnieć o jednej rzeczy – bo rozpisuję się o cudownych właściwościach kawowego odwyku – otóż pojawiły mi się wstrętne pryszcze na brodzie (ale takie, wiecie, hardcorowe). Jakoś to przeżyję, daję sobie czas.

Dalsze dni mijały w podobnym stylu – budzę się wypoczęta, mam więcej energii w ciągu dnia i nie zaliczam popołudniowych „zejść”. Niestety, cera znacznie się pogorszyła. No cóż, coś za coś, zobaczymy co będzie pod koniec miesiąca. Najważniejsze, że migreny poszły w zapomnienie.

W weekend wypiłam ze smakiem łącznie dwie filiżanki matchy na mleku ryżowo – kokosowym. Coś pysznego! Matcha baaardzo delikatnie mnie pobudza, także taka przyjemność raz na jakiś czas jest wręcz wskazana.

Za chwilę stuknie półmetek mojego wyzwania – jestem z siebie naprawdę dumna!

Kawowy odwyk (tydzień 1).

Uwielbiam kawę, jej zapach, aromat smak, rytuał picia kawy – po prostu wszystko co jest z nią związane. Jakiś czas temu zauważyłam jednak, że ta kawowa obsesja zmierza w niezbyt dobrym dla mnie kierunku. Bez kawy stawałam się nerwowa, a pierwsze co robiłam rano to cisnęłam mojego chłopaka, żeby zmielił i przygotował dla nas kawę (robi ją bezbłędnie, moja zawsze wychodzi za kwaśna).

Po drugie, kubek (a w zasadzie garnek) porannej kawy przestał wystarczać i zdarzało się, że po pracy (koło 16-17) ładowałam drugą solidną porcję kofeiny. Już parę razy przemknęła mi przez głowę myśl, że może warto byłoby ograniczyć kawę albo nawet zrobić sobie mały odwyk? Myśli te skutecznie odpychałam, czułam, że nie dam rady bez kawy, że ten przypływ energii po jej wypiciu jest niezastąpiony. Mimo wszystko, postanowiłam zrobić sobie wyzwanie i pociągnąć na dobry początek miesiąc bez kawy. Uznałam, że idealną okazją będzie Nowy Rok, wystartowałam od 1 stycznia. W ogóle się do tego nie przygotowałam – w sensie nie kupiłam żadnych zamienników kawy (cykorii, zbożowej czy innej) albo matchy (którą notabene uwielbiam) i przyznam, że to był błąd. Brakuje mi samego rytuału picia czegoś ciepłego, z dodatkiem mleka roślinnego, czegoś co sprawi, że każdy poranek jest jakby „pełniejszy”. No, ale nic to, jak co rano wypijam moją ciepłą wodę z cytryną idę na trening i dalej do pracy. Przyznam, że pierwsze 4 dni to była jakaś masakra. Ból głowy (czwartego dnia myślałam, że rozsadzi mi łeb!), senność nie do opisania i ogólny spadek formy. Dobrze, że w ciągu tych 4 dni na dobrą sprawę tylko 3 spędziłam w pracy. 5 dzień (sobota) był już całkiem znośny, rano przyrządziłam sobie zielone przedtreningowe smoothie (banan, odżywka białkowa raw protein, mleko kokosowo-ryżowe, tahini, daktyle, jarmuż) i ruszyłam na siłownię.

Zrobiłam zacny trening (tabatę) i dobiłam się jeszcze na bieżni. Nie czułam już bólu głowy, uspokoiłam się, senność częściowo ustąpiła i ogólnie jakoś tak lepiej się poczułam. Może dlatego, że w osiedlowym eko sklepiku nabyłam kawę orkiszową oraz matchę 😉 Z kolei 6 dzień (niedziela) był już naprawdę OK. Obudziłam się o 6 rano, wyspana, pełna energii i wypoczęta. Po południu przyrządziłam sobie kawę orkiszową (z mlekiem ryżowo – kokosowym) i przyznam, że bardzo mi posmakowała!


Nie popadam w nadmierną euforię, ale jakoś tak nakręciłam się pozytywnie. Zobaczymy, jak przebiegną kolejne dni bez kawy – szczególnie od poniedziałku do piątku, kiedy pracuję, trenuję i chodzę na zajęcia dodatkowe. Po cichu liczę na poprawę cery i snu – naczytałam się w necie różnych historii o rzuceniu kawy i rozmaitych cudów związanych z tym faktem. Oczywiście żartuję – najbardziej zależy mi na odzyskaniu równowagi. I dodam jeszcze, że absolutnie nie demonizuję kawy i nie zakładam, że już NIGDY jej nie wypiję. Po moim odwyku zamierzam ją pić, ale „z głową” – 1-2 kubki w tygodniu. A może całkowicie przerzucę się na kawę zbożową lub matchę? Zobaczymy – wiele zależy od mojego samopoczucia w kolejnych tygodniach. Trzymajcie kciuki!

Moje sposoby na przetrwanie jesieni.

Nie oszukujmy się, na większość z nas jesień działa depresyjnie. Szczególnie ten okres przejściowy przed zimą – deszcze, wiatr, plucha brrrr. Najchętniej człowiek zakopałby się w pościeli, popijał gorącą czekoladę / wino, podjadał smakołyki i czekał na wiosnę. Niestety, tak się nie da i w związku z tym musimy sobie wypracować jakieś sposoby na to, by umilić ten czas. Poniżej moje sprawdzone propozycje:

fullsizeoutput_147

 

  • Trenuj, trenuj, trenuj. Trening daje nam zastrzyk endorfin, banana na twarzy, moc i przekonanie, że jesteśmy silne i piękne. Dlatego zachęcam do ruszenia tyłeczka z kanapy – najlepszą opcją są moim zdaniem zajęcia grupowe – energia instruktora oraz innych osób na sali potrafi zdziałać cuda i zmotywować do walki. Dla hardcorów polecam trening o 6 – 6:30 rano, spróbujcie, a nie pożałujecie. Fajnie jest zrobić coś dla siebie przed pracą / szkołą / innymi obowiązkami, wejść w dzień z dobrą energią. Oczywiście nie każdy musi od razu iść na siłownię, możliwości jest pełno: treningi z YT, basen, przebieżka, joga, cross fit. Znajdźcie coś co daje Wam radość i powera i róbcie to najczęściej jak się da!

fullsizeoutput_101

  • Spaceruj – mimo wszystko. Nie ma złej pogody – są tylko źle ubrani spacerowicze 😉Zachęcam do praktykowania krótkich spacerów CODZIENNIE. Wystarczy choćby 20-30 minut. Może spróbujesz wysiąść 2 przystanki wcześniej? Ja mam to szczęście, że mieszkam stosunkowo blisko pracy, w przyjemnej okolicy. Najczęściej trasę do pracy pokonuję piechotą – zajmuje mi to jakieś 30 minut. W drodze z reguły słucham podcastów w języku angielskim – tym samym łączę przyjemne z pożytecznym 😊
  • Rozciągaj się po wstaniu z łóżka / ćwicz jogę. Nie tylko jesienią – cały rok. Poranny rozruch działa zbawiennie na całe nasze ciało. Wystarczy 10 minut. Serio.
  • Jedz rozgrzewające śniadania na słodko. Możliwości jest mnóstwo: jaglanki, owsianki, gryczanki… Niezależnie którą z nich wybierzesz dodawaj do nich cynamon albo kardamon – te przyprawy działają rozgrzewająco i są niezwykle aromatyczne. W ramach słodzidła dorzuć czubatą łychę konfitur przyrządzonych przez Ciebie, Twoją mamę lub babcię. Dorzuć orzechy albo masło orzechowe i gotowe.fullsizeoutput_11c
  • Rozkoszuj się długimi wieczorami – czytaj książki, oglądaj filmy. Kiedyś nie lubiłam krótkich dni, a długie wieczory działały na mnie usypiająco, niekiedy nawet depresyjnie. Teraz nie mam z tym problemu – mogę nadrobić zaległości książkowo – filmowe, dokumenty na netflix’ie czy też obejrzeć moje ukochane Kuchenne Rewolucje 😊W lato zawsze szkoda czasu na takie rzeczy – bo za oknem ładna pogoda i lepiej wyjść na spacer, bo znajomi zapraszają na wino w plenerze itp. Jesienią nie ma wymówek!
  • Zrób sobie wieczorne home spa: odprężającą kąpiel z kroplami olejku lawendowego, peeling kawowy i maseczkę na twarz. Cały rytuał zakończ relaksacyjnym masażem twarzy i wtarciem ulubionego balsamu w skórę lub aromatycznego oleju kokosowego. To tylko propozycja, po prostu zrób to co lubisz: maseczkę błotną, manicure albo gorącą kąpiel z jakąś fajną solą – możliwości jest mnóstwo.
  • Pij herbatę, gorącą czekoladę, kawę z dodatkiem goździków i kardamonu. Takie napoje najlepiej „wchodzą” jesienią i zimą. Rozkoszuj się nimi – latem nie będziesz już mieć na nie ochoty!

fullsizeoutput_116

  • Pozwól sobie na lenistwo i nicnierobienie. Czasami po prostu trzeba i tyle. Słuchaj swojego ciała – jeżeli jest przemęczone, przebierz się w wygodny dresik, zrób sobie popcorn, otwórz wino i włącz jakiś bzdet w TV. Taki reset jest potrzebny! Byle nie za często 😉

A jakie są Wasze sprawdzone sposoby na przetrwanie jesieni? Macie swoją top listę? Podzielcie się!